Postulat większej równości ekonomicznej skutecznie ośmieszono w ostatnich latach jako rzekomy relikt komunistycznego myślenia. Jednak coraz większe nierówności wychodzą w końcu bokiem społeczeństwom, powodując zagrożenia dla państwa dobrobytu, a także samego istnienia demokracji.
Mało kto pamięta, że jednym z najważniejszych postulatów NSZZ „Solidarność” z lat 1980-1981 było dążenie do większej równości dochodów i konsumpcji. Niektórzy z tych, którzy wówczas lansowali nieco groteskowe hasło, że „wszyscy mamy takie same żołądki”, później wprowadzili zresztą system, który równość jawnie wyszydzał. Oczywiście w równości nie chodzi o tę idiotyczną wielkość żołądków ani identyczność dochodów. Ale czy aby na pewno jest rzeczą bez znaczenia, czy stosunek płacy najniższej do najwyższej na przykład wewnątrz jednej firmy wynosi 1 do 5, 1 do 50 czy 1 do 500? Jakie skutki powoduje wielkie rozwarstwienie dochodów, które narasta od 30 lat w większości krajów świata? Prawie nikt nie ma wątpliwości, że nierówności muszą istnieć, ale pozostaje otwartym pytanie, na jak wielkie różnice możemy sobie pozwolić.
(Komentarz Demokratesa: insynuacją byłoby twierdzenie, iż lewicowcy wybierający problematykę obyczajową i, by tak rzec, savoir-vivre-ową zamiast bytowej chcą się w ten sposób przypodobać wyznawcom ideologii prokapitalistycznych. Ponieważ coś jednak jest na rzeczy, sięgnijmy do nowatorskiego artykułu, którego fragmenty przytaczamy poniżej za polską edycją miesięcznika Le Monde diplomatique.)