35 lat temu zmarł mistrz włoskiego neorealizmu Vittorio de Sica. Miał urodę tzw. charakterystycznego amanta i w tym gatunku filmowych komedii zdobył popularność w latach 30., m.in. w słynnym filmie „Mężczyźni, ach cóż za łajdacy”. Nie aktorstwo okazało się jednak najważniejszym dokonaniem artystycznym Vittoria de Siki, lecz reżyserska przygoda z neorealizmem, ważnym kierunkiem sztuki filmowej lat 40. i na początku 50.Zaczęło się w 1946 roku, kiedy de Sica wspólnie z pisarzem i scenarzystą Cesare Zavattinim zrealizował film „Dzieci ulicy”. Ulica była neapolitańska, tuż powojenna, a bohaterami dwaj chłopcy, zanurzeni w świecie ruin, nędzy, zła, brutalnej walki o byt i nietolerancji. Zło pochodziło od dorosłych i to oni w końcu wtrącali młodych ludzi do ponurego domu poprawczego. Film zrealizowany został w stylistyce znanej od 1945 roku dzięki filmowi Roberta Rosseliniego „Rzym miasto otwarte”: autentyczne plenery miejskie, udział aktorów niezawodowych, wrażenie realizacyjnej prowizorki i pośpiechu, skrótowość ujęć, potoczny język postaci. Dawało to efekt pełnej autentyczności, wtedy nowatorskiej i szokującej po wielu latach kina „białych kołnierzyków” i dętej retoryki kina czasów faszyzmu.
W omówieniu książki Andrzeja Werblana ,,Stalinizm w Polsce” poczyniłem uwagę, że w naszym kraju, w historiografii i publicystyce, dominuje obraz najnowszych dziejów politycznych, w dużej części zmajoryzowany przez wizję narzuconą przez tzw. nurt antykomunistyczny, w tym przez krąg historyków działających w ramach Instytutu Pamięci Narodowej. I że – co gorsza – nie została napisana, jak dotąd, społeczna historia Polski Ludowej. Z pierwszej uwagi się nie wycofuję. Z drugiej tak. Jakby bowiem dla zawstydzenia mnie, ale i ku mojej satysfakcji, przysłał mi swój obszerny tom ,,O społecznej historii Polski 1945–1989” profesor Henryk Słabek, ceniony historyk dziejów najnowszych Polski, w tym szczególnie wnikliwie zajmujący się dziejami PRL. Na usprawiedliwienie mojej niewiedzy o tej pozycji, wydanej nakładem KiW oraz Wyższej Szkoły Gospodarki Krajowej w Kutnie, mogę podać tylko to, że ukazała się ona w ostatnich tygodniach.
Francja jest, być może, na progu nie tylko symbolicznego nawiązania do epoki, która zaczęła się Wielką Rewolucją Francuską. Runął wtedy, tak naprawdę po raz pierwszy w dziejach ludzkości, monopol władzy jako domeny monarchów i arystokratycznych wybrańców, w których żyłach płynęła tak zwana błękitna krew. Rewolucja wciągnęła w orbitę polityki – a co za tym idzie władzy – ludzi do tej pory od niej dalekich: adwokatów, dziennikarzy, artystów, uczonych, nauczycieli, lekarzy rzemieślników, a nawet najzwyklejszych proletariuszy.