Kategoria: Poezje i protesty

  • Za mało na pociechę

    Komentarz Demokratesa: Zamieszczamy ten wiersz w nadziei, że jego autor mimo podłości świata będzie nadal rozmyślał o sposobach życia sensownych i szczęśliwych

    (więcej…)

  • Konstandinos Kawafis, Che fece … il gran rifiuto

    Image(Pytajny komentarz Demokratesa: czy nie jest tak, iż mimo wszelkich „pogrzebań” chodzi tu o szczęście? Trudne, słodko-gorzkie, nierzadko  przez cudzy ból bolesne, lecz i nieporównywalne z żadnym innym?)

     

    Dla niektórych ludzi przychodzi taka godzina,
    kiedy muszą powiedzieć wielkie Tak
    albo wielkie Nie. Od razu widać, kto z nich w sobie ma  
    gotowe Tak. Wypowiedziawszy je, coraz wyżej się wspina,

    wzrasta i w ludzkiej czci, i w zaufaniu do samego siebie.
    Ten, kto powiedział Nie – nie żałuje. Gdyby zapytali go, czy chce

    odwołać je, nie odwoła. Ale właśnie to Nie –
    to słuszne Nie – na całe życie go grzebie.   

     


    Tytuł: „który dokonał wielkiej odmowy” (Dante, Boska Komedia, Piekło, 3, 60).
    Źródło: Konstandinos Kawafis Wiersze zebrane. Przełożył i opracował Zygmunt Kubiak, PIW, Warszawa 1981, s.66

  • Wolfgang Bittner, Debata o zawiści

    (Komentarz Demokratesa: bądźmy ludźmi, miejmy choć trochę współczucia dla tych wybitnych jednostek, tworzących  w pocie czoła miejsca pracy dla miliardów ludzi)

    (więcej…)

  • Maria Konopnicka, Wolny Najmita

    Wąską ścieżyną, co wije się wstęgą
    Między pólkami jęczmienia i żyta,
    Szedł blady, nędzną odziany siermięgą,
    Wolny najmita.
     
    I nigdy wyraz nie był dalszym treści,
    Jak w zestawieniu takim urągliwym!
    Nigdy nie było tak głuchej boleści
    W jestestwie żywym.
     
    Rok ten był ciężki: ulewa smagała
    Srebrnym swym biczem wiosenne zasiewy
    I ziemia we łzach zaledwie wydała
    Słomę a plewy.
     
    Z chaty, za którą zaległy podatki,
    Wygnany nędzarz nie żegnał nikogo…
    Tylko garść ziemi zawiązał do szmatki
    I poszedł drogą.
     
    W powietrzu ciche zawisły błękity,
    Echo fujarki spod lasu wschód wita…
    Stanął i otarł łzę połą swej świty,
    Wolny najmita.
     
    Wolny, bo z więzów, jakimi go przykuł
    Rodzinny zagon, gdzie pot ronił krwawy,
    Już go rozwiązał bezduszny artykuł
    Twardej ustawy…
     
    Wolny, bo nie miał dać już dzisiaj komu
    Świeżego siana pokosu u żłoba;
    Wolny, bo rzucić mógł dach swego domu,
    Gdy się podoba…
     
    Wolny, bo nic mu nie cięży na świecie –
    Kosa ta chyba, co zwisła z ramienia,
    I nędzny łachman sukmany na grzbiecie,
    I ból istnienia…
     
    Wolny, bo jego ostatni sierota,
    Co z głodu opuchł na wiosnę, nie żyje…
    Pies nawet stary pozostał u płota
    I z cicha wyje…
     
    Wolny! – Wszak może iść albo spoczywać,
    Albo kląć z zgrzytem tłumionej rozpaczy,
    Może oszaleć i płakać, i śpiewać –
    Bóg mu przebaczy…
     
    Może zastygnąć, jak szrony, od chłodu,
    Bić głową w ziemię, jak czynią szaleni…
    Od wschodu słońca do słońca zachodu
    Nic się nie zmieni.
     
    Ubogi zagon u nędznej twej chatki
    I mokrą łączkę, i mszary, i wrzosy
    Obsadzi urząd… podatki! podatki!
    Ty idź do kosy!
     
    Idź, idź! Opłatę do kasy wnieść trzeba,
    Choć jedno ziarno wydadzą trzy kłosy
    I choć nie zaznasz przez rok cały chleba…
    Idź, idź do kosy!
     
    Czegóż on stoi? Wszak wolny jak ptacy?
    Chce – niechaj żyje, a chce – niech umiera!
    Czy się utopi, czy chwyci się pracy,
    Nikt się nie spiera…
     
    I choćby garścią rwał włosy na głowie,
    Nikt się, co robi, jak żyje, nie spyta…
    Choćby padł trupem, nikt słówka nie powie…
    – Wolny najmita!

  • Władysław Broniewski, Bezrobotny

    Nie mam za co jeść i pić,
    trzeba robić , aby żyć,
    jak robota się nadarzy,
    to przystanę do murarzy,
    aby jeść i pić.

    Bracie, bierz do ręki kielnię,
    napracujesz się rzetelnie,
    dadzą ci tu jeść i pić.
    Staną ściany i sklepienie,
    stanie wielki gmach-więzienie,
    w tym więzieniu będziesz gnić.

    Nie chcę ryglów, nie chcę krat,
    pójdę sobie od was w świat,
    wezmę z sobą młot ze stali
    i przystanę do kowali,
    nie chcę ryglów, krat.

    Bracie , z nami wal obuchem,
    jest robota nad łańcuchem,
    na ten łańcuch czeka kat.
    Wyjdzie z ognia hartowany,
    zrobią z niego twe kajdany,
    będziesz nieść je wiele lat.

    Co mam robić, dokąd iść?
    Chyba z głodu kamień gryźć.
    Takie moje przeznaczenie:
    bezrobocie, głód, więzienie.
    Bracia, dokąd iść?

    Towarzyszu, jest robota
    i dla kielni , i dla młota,
    tylko z nami śmiało stój.
    Gdy nadejdzie dzień zapłaty,
    będziesz młotem walił w kraty,
    będziesz szedł w śmiertelny bój.

  • Dorothee Sölle, Argumenty za przezwyciężeniem niemocy

    To my mamy dłuższy oddech
    to my potrzebujemy lepszej przyszłości
    to do nas należą ludzie z gorszymi bólami
    ofiary kapitału
    to u nas był już ktoś kto rozdzielał chleb
    a starczyło go dla wszystkich

    To my mamy dłuższy oddech
    i my budujemy ludzkie miasto
    i z nami są wyjęci spod prawa z zakładach
    i bezrolni w miastach
    i do nas należą zmarli drugiej wojny
    i ci którzy chcą mieć wreszcie coś do jedzenia sprawiedliwość
    i u nas był już ktoś kto powstał
    z martwych

    Przełożył Jerzy Drewnowski

  • Czesław Miłosz, Campo di Fiori

    W Rzymie na Campo di Fiori
    Kosze oliwek i cytryn,
    Bruk opryskany winem
    I odłamkami kwiatów.
    Różowe owoce morza
    Sypią na stoły przekupnie,
    Naręcza ciemnych winogron
    Padają na puch brzoskwini.

    Tu na tym właśnie placu
    Spalono Giordana Bruna,
    Kat płomień stosu zażegnął
    W kole ciekawej gawiedzi.
    A ledwo płomień przygasnął,
    Znów pełne były tawerny,
    Kosze oliwek i cytryn
    Nieśli przekupnie na głowach.

    Wspomniałem Campo di Fiori
    W Warszawie przy karuzeli,
    W pogodny wieczór wiosenny,
    Przy dźwiękach skocznej muzyki.
    Salwy za murem getta
    Głuszyła skoczna melodia
    I wzlatywały pary
    Wysoko w pogodne niebo.

    Czasem wiatr z domów płonących
    Przynosił czarne latawce,
    Łapali skrawki w powietrzu
    Jadący na karuzeli.
    Rozwiewał suknie dziewczynom
    Ten wiatr od domów płonących,
    Śmiały się tłumy wesołe
    W czas pięknej warszawskiej niedzieli.

    Morał ktoś może wyczyta,
    Że lud warszawski czy rzymski
    Handluje, bawi się, kocha
    Mijając męczeńskie stosy.
    Inny ktoś morał wyczyta
    O rzeczy ludzkich mijaniu,
    O zapomnieniu, co rośnie,
    Nim jeszcze płomień przygasnął.

    Ja jednak wtedy myślałem
    O samotności ginących.
    O tym, że kiedy Giordano
    Wstępował na rusztowanie,
    Nie znalazł w ludzkim języku
    Ani jednego wyrazu,
    Aby nim ludzkość pożegnać,
    Tę ludzkość, która zostaje.

    Już biegli wychylać wino,
    Sprzedawać białe rozgwiazdy,
    Kosze oliwek i cytryn
    Nieśli w wesołym gwarze.
    I był już od nich odległy,
    Jakby minęły wieki,
    A oni chwilę czekali
    Na jego odlot w pożarze.

    I ci ginący, samotni,
    Już zapomniani od świata,
    Język nasz stał się im obcy
    Jak język dawnej planety.
    Aż wszystko będzie legendą
    I wtedy po wielu latach
    Na nowym Campo di Fiori
    Bunt wznieci słowo poety.

    Warszawa – Wielkanoc, 1943

  • Bertolt Brecht, Pieśń kupca

    Kto Silny, Walczy, Kto Chory, Zdycha
    I Tak Być Powinno.
    Mocnym Pomaga Się, Słabszych Się Spycha
    I Tak Być Powinno.
    Kto Pada, Temu Dołóż Kopniaka
    Bo Tak Być Powinno.
    Wroga Kto Pobił, Ten Żre Dziś Prosiaka
    Bo Tak Być Powinno.
    Kucharz Po Bitwie Zmarłych Nie Liczy
    I Tak Być Powinno.
    Czym Większa Rzeźnia, Tym Więcej Zdobyczy
    I Tak Być Powinno.
    Co Cham Uszarpał, To Pan Pcha W Żołądek
    I Tak Być Powinno.
    Ten Dobry, Komu Dobrze Się Wiedzie
    Bo Tak Być Powinno.
    Zły To Tai, Co Ciągle W Tej Biedzie
    Bo Tak Być Powinno.

  • Julian Tuwim, Do prostego człowieka

    Gdy znów do murów klajstrem świeżym
    Przylepiać zaczną obwieszczenia,
    Gdy „do ludności”, „do żołnierzy”
    Na alarm czarny druk uderzy
    I byle drab, i byle szczeniak
    W odwieczne kłamstwo ich uwierzy,
    Że trzeba iść i z armat walić,
    Mordować, grabić, truć i palić;
    Gdy zaczną na tysięczną modłę
    Ojczyznę szarpać deklinacją
    I łudzić kolorowym godłem,
    I judzić „historyczną racją”,
    O piędzi, chwale i rubieży,
    O ojcach, dziadach i sztandarach,
    O bohaterach i ofiarach;
    Gdy wyjdzie biskup, pastor, rabin
    Pobłogosławić twój karabin,
    Bo mu sam Pan Bóg szepnął z nieba,
    Że za ojczyznę – bić się trzeba;
    Kiedy rozścierwi się, rozchami
    Wrzask liter pierwszych stron dzienników,
    A stado dzikich bab – kwiatami
    Obrzucać zacznie „żołnierzyków”. –
    – O, przyjacielu nieuczony,
    Mój bliźni z tej czy innej ziemi!
    Wiedz, że na trwogę biją w dzwony
    Króle z pannami brzuchatemi;
    Wiedz, że to bujda, granda zwykła,
    Gdy ci wołają: „Broń na ramię!”,
    Że im gdzieś nafta z ziemi sikła
    I obrodziła dolarami;
    Że coś im w bankach nie sztymuje,
    Że gdzieś zwęszyli kasy pełne
    Lub upatrzyły tłuste szuje
    Cło jakieś grubsze na bawełnę.
    Rżnij karabinem w bruk ulicy!
    Twoja jest krew, a ich jest nafta!
    I od stolicy do stolicy
    Zawołaj broniąc swej krwawicy:
    „Bujać – to my, panowie szlachta!”