(Komentarz Demokratesa: insynuacją byłoby twierdzenie, iż lewicowcy wybierający problematykę obyczajową i, by tak rzec, savoir-vivre-ową zamiast bytowej chcą się w ten sposób przypodobać wyznawcom ideologii prokapitalistycznych. Ponieważ coś jednak jest na rzeczy, sięgnijmy do nowatorskiego artykułu, którego fragmenty przytaczamy poniżej za polską edycją miesięcznika Le Monde diplomatique.)
Komentarz tegoż miesięcznika: Różnorodność, prawa mniejszości, polityka tożsamości – to modne tematy medialnych debat i ulubione hasła lewicy kulturowej. Pozornie nowoczesne i postępowe, często stają się sojusznikami neoliberalizmu. Wykorzystuje on ideologie różnorodności w ataku na lewicowy postulat równości. To nie przypadek. Walka z seksizmem i rasizmem nie musi być lewicowa. Nierówności ekonomiczne, podział na biednych i bogatych, robotników i kapitalistów, nie wynikają bowiem z seksizmu i rasizmu, ale z kapitalizmu i stosunków własności. O tym zaś ideologia różnorodności nie wie nic).
Staranie o wyrugowanie rasizmu i seksizmu okazują się znakomicie współgrać z ekonomicznym liberalizmem, inaczej niż chęć zmniejszenia – nie mówiąc już nawet o zasypywaniu – przepaści dzielącej bogatych i biednych. Francuska klasa panująca jednocześnie afiszowała sie ze swoim zaangażowaniem na rzecz różnorodności (walcząc z przesądami, ale też celebrując „odmienność”) i podkreślała swoje liberalne skłonności. Taką tendencję, charakterystyczną dla prawicy (której ucieleśnieniem pozostaje Nicolas Sarcozy), często odnajduje się także wśród osób deklarujących sympatie lewicowe. Tymczasem, w gruncie rzeczy, umacniająca sie we francuskim życiu intelektualnym pozycja w kwestii „narodowej tożsamości” – czy się ją, tak jak prezydent Republiki, celebruje, czy kontestuje, jak Indigenes – maskuje stały wzrost nierówności ekonomicznych, charakterystycznych dla światowego porządku neoliberalnego.
Precz z nietolerancją, nie z … wyzyskiem!(…)
Chodzi przede wszystkim o wykazanie, że leżąca u podstaw walki na rzecz różnorodności koncepcja sprawiedliwości społecznej (nasze zasadnicze problemy społeczne wynikają raczej z dyskryminacji i nietolerancji, aniżeli z wyzysku) sama wywodzi się z koncepcji neoliberalnej. Mamy tu do czynienia przede wszystkim z parodią, w ramach której legitymizuje się rosnący ekonomiczny rozziew między bogatymi a biednymi, o ile tylko wśród bogaczy znajduje się proporcjonalna liczba czarnych, śniadych i żółtych, a nie tylko białych, oraz tyle samo kobiet, co i mężczyzn i odpowiednia proporcja homo- i heteroseksualistów. Tego rodzaju „sprawiedliwość społeczna”, mówiąc wprost, oznacza zgodę na nierówności generowane przez kapitalizm. Można nawet powiedzieć, że optymalizuje system gospodarczy, gdyż dystrybuuje nierówności nie zważając na pochodzenie etniczne czy płeć. (…)
Innymi słowy, chodzi o logikę, zgodnie z którą fundamentalne kwestie społeczne zasadzają się na poszanowaniu różnic tożsamościowych, a nie na niwelowaniu różnic ekonomicznych. Logika ta zaczyna dominować we Francji, tak samo jak w Stanach Zjednoczonych. I tu, i tam neoliberalna prawica znalazła sobie wreszcie neoliberalną lewicę – domagającą sie tego, co prawica lekką ręka i z błogosławieństwem na drogę może jej dać.(…) Najwyraźniej celem jest nazywanie się lewicą bez konieczności przyjmowania lewicowych pozycji politycznych, w końcu – i to znacznie ułatwia decyzję – radykalna krytyka kapitalizmu nie uchodzi za coś „na czasie”.
Dodaj komentarz