W ostatnich dwóch tygodniach słyszeliśmy lamenty nad współczesną młodzieżą, której ponoć strasznie brakuje autorytetów. Ale w Polsce mamy megaautorytet JP II i w niczym nie czyni to naszego kraju lepszym od innych.
Skąd się bierze ten straszny motłoch? Pisaliśmy w ostatnich latach kilkakrotnie o wynalezionym przez profesora Jerzego Drewnowskiego pojęciu „motłoszenia”. Chodzi o to, że pewne okoliczności społeczno-polityczne, a często także pewne świadome działania elit, mogą sprawiać, że część społeczeństwa stanie się czymś, co bywa nazywane motłochem – bezmyślnym tłumem, który nie potrafi stworzyć niczego konstruktywnego, lecz poddaje się manipulacji.
Zatem moraliści brytyjscy i krajowi, zamiast biadolić, powinni zająć się usuwaniem przyczyn społecznych prowadzących sporą część młodych do degradacji życiowej i moralnej. Bo może się okazać, że to wielu konserwatywnych polityków-moralistów przyczyniło się do rozpadu społeczeństwa. W Zjednoczonym Królestwie wiele na sumieniu w tym względzie miała Margaret Thatcher i… premier Cameron, który m.in. drastycznie podniósł opłaty za studia i zlikwidował dotacje do klubów młodzieżowych w ubogich dzielnicach. Uzasadnione protesty studenckie stłumił zresztą z całą bezwzględnością. Tak to bywa z natrętnymi moralistami, że ich własna moralność bywa zwykle kiepskiej próby.
Co rozważania o motłochu i autorytetach mają wspólnego z racjonalistycznym humanizmem? Wydaje mi się, że trzeźwo myślący moralista powinien zawsze z wielką podejrzliwością odnosić się do popularnej gadaniny o związkach autorytetów z moralnością. Jestem zwolennikiem moralności opartej na rozumie i społecznej solidarności (jako rzeczy jak najbardziej rozumnej), czyli moralności uwewnętrznionej, a nie zewnętrznej, opartej na autorytetach boskich i (lub) ludzkich. Tę pierwszą uważam nie tylko za dojrzalszą, ale i trwalszą. Bo moralność oparta na autorytetach przewraca się razem z ich upadkiem lub przemijaniem. Jak to ktoś dowcipnie kiedyś zauważył – „autorytet to osoba znana publicznie, której publiczność nie miała okazji zbyt wnikliwie poznać”. Humanista ceni rozmaite poglądy i osoby, ale nikogo nie stawia na piedestale. Cokoły są dobre dla ludzi o mentalności autorytarnej, niedojrzałej i niesamodzielnej. Rozmaici „ojcowie święci” albo „ojczulkowie narodów” potrzebują dzieciarni, którą mogliby zarządzać i która mogłaby ich podziwiać.
Ale nie z nami takie numery, prawda?
Dodaj komentarz