(Komentarz Demokratesa: o niżej wspomnianych aspektach przyjaźni rozmawiamy i piszemy dość rzadko; warto przy okazji zapytać o status przyjaźni w kulturze zysku i konsumpcji)Pomiędzy religijną „miłością bliźniego” a „wartościami rodzinnymi” chrześcijaństwo nie pozostawiło wiele miejsca na zwykłą, ludzką przyjaźń. To wielka strata, która zubaża życie jednostek i społeczeństw.
Przyjaźń była wielką sprawą dla starożytnych, „pogańskich” filozofów i artystów. Pisano o niej wiersze, listy i traktaty filozoficzne. W ich oczach wydawała się czymś ważniejszym od więzów rodzinnych. Sławiono podobieństwo dusz przyjaciół, górujące nad wspólnotą krwi członków rodziny. Gdy Kościół zrujnował starożytną kulturę, w zapomnienie poszło także zrozumienie dla przyjaźni. Może teraz, gdy chrześcijaństwo słabnie, warto zastanowić się nad tym, dlaczego starożytni tak kochali się przyjaźnić?
Wśród rad zawartych w kilkunastu zwięzłych punktach (kiedyś do nich wrócimy) na czele znajdziemy taką: „Po pierwsze: przyjaciele. A poza tym…”. Posiadanie oddanych przyjaciół Kołakowski uważał za absolutnie podstawowy fundament szczęśliwego, spełnionego życia, za rzecz najistotniejszą, dla której wszystkie inne cenne rady mogą być dodatkiem, dopełnieniem tylko. W ogromnej mierze zgadzam się z tym jego przekonaniem. Zupełnie nie wiem, czy potrafiłbym już żyć bez przyjaciół i podniosłej atmosfery emocjonalnej, którą tworzą. Obawiam się, że niewiele napisałbym bez ich inspiracji i troski.
Przyjaźń sprawia ponadto, a może przede wszystkim, że czujemy się potrzebni komuś, kto nas akceptuje i rozumie. Badania wykazały np., że ludzie starsi, którzy opiekują się innymi, mają życie dłuższe i bardziej udane niż ich rówieśnicy, którzy nie mają się komu poświęcić. Świadczyłoby to o ogromnej, życiodajnej sile poczucia odpowiedzialności za kogoś. To poczucie jest tym bardziej silne i satysfakcjonujące, im lepszy kontakt mamy z tym, kim się opiekujemy. A ten dobry kontakt jest absolutnie niemożliwy bez przyjaźni. Poświęcenie bez satysfakcji i wzajemności to katastrofa, trucizna duszy.
W chrześcijańskiej wizji świata mamy bardzo wywyższonego Boga, absolutnego Pana, który pochyla się nad człowiekiem. Relacja Bóg-człowiek nigdy nie była i nie jest partnerska – choćby dlatego, że Bóg zarezerwował sobie prawo do zniszczenia człowieka, prawo do jego potępienia i odrzucenia. Chrystus wprawdzie nazywa swoich uczniów tu i ówdzie „przyjaciółmi”, ale nie bardzo wiadomo, co to znaczy, skoro ma również prawo powiedzieć im: „Idźcie ode mnie precz, w ogień wieczny!”. Tam gdzie nie ma choćby przybliżonej równowagi pomiędzy partnerami (np. intelektualnej, emocjonalnej, finansowej), gdzie jest totalna zależność i miejsce dla strachu, trudno w ogóle mówić o przyjaźni. Przyjaźń, jak wszystko, co dobre między ludźmi, potrzebuje równowagi sił.
Jeżeli chodzi o życie kościelne, to przyjaźń w katolicyzmie była zaciekle zwalczana w klasztorach i innych miejscach wspólnego życia religijnego. Dwóm lub trzem zaprzyjaźnionym osobom zarzuca się, że „rozbijają wspólnotę”. Jest to o tyle komiczne, że żadnej prawdziwej wspólnoty tam nie ma – są jakieś konformistyczne relacje, jakaś „miłość bliźniego” (częściej chyba nienawiść), która nie wiadomo, co właściwie znaczy. Jedna z bliskich mi osób zwróciła mi niedawno uwagę na to, że ten strach przed przyjaźnią w Kościele, jest lękiem o władzę. Hierarchiczna struktura traktuje takie autentyczne więzi ludzkie jako zagrożenie dla swojej władzy. Przełożeni chcą widzieć swoje „owce” osobno, indywidualnie i jako od siebie zależne. Wszelkie serdeczne porozumienie „owiec” to potencjalne zagrożenie dla autorytarnej pozycji pasterza. Już „pogańska” starożytność wiedziała o tym niebezpieczeństwie dla tyranów – zdarzało się, że pary przyjaciół przyprawiały dyktatorów nawet o śmierć. Przełożeni zakonni skwapliwie rozdzielali więc zaprzyjaźnionych mnichów i zakonnice, rozsyłając je choćby na krańce świata.
Marek Krak
Dodaj komentarz