Państwo dobrobytu było jednak zawsze solą w oku elity finansowej. Zapewniało jej co prawda spokojne egzystowanie i umiarkowane zyski, ale zakazało wyzysku pracowników, obłożyło podatkami, wyszydziło ostentacyjny i arogancki styl bycia. Pomnażanie bogactwa stało się powolniejsze i bardziej żmudne w porównaniu z poprzednimi epokami. Ucywilizowane. Ograniczono także wojny i ekspansję kolonialną – dotychczas żyłę złota dla wielkich przemysłowców.
Od mniej więcej 30 lat nowi barbarzyńcy przystąpili do kontrataku na cywilizację dobrobytu i praw ludzkich. Najpierw robiono to pod pozorem walki z komunizmem, potem pod przykrywką ułatwień dla przedsiębiorczości oraz powrotu do konserwatywnych wartości. W latach osiemdziesiątych barbarzyńska kontrrewolucja miała trzech patronów – Margaret Thatcher, Ronalda Regana i Jana Pawła II, który wspierał konserwatystów, a nawet dyktatorów, jak świat szeroki. Potem przyszli inni. W Polsce nowi barbarzyńcy wywodzą się na ogół z kruchtowych elit postsolidarnościowych, choć i wśród postkomunistów ich nie brakuje. W swojej walce używają wyrafinowanej propagandy spod znaku public relations, tak doskonałej, że na nowych barbarzyńców z entuzjazmem głosują nawet ludzie, którzy najwięcej na ich rządach tracą. Nowi czasem atakują miłością i niegasnącym uśmiechem, czasem nie żałują kopniaka. Mówią o „rodzinie na swoim”, ale mają w nosie rzeczywiste rodziny i ich problemy, choćby mieszkaniowe. Obniżają podatki, ale właściwie tylko wybranym, reszta budzi się z podniesioną akcyzą na tytoń i alkohol, czyli na to, co im zostało na pociechę. Mówią o „tanim państwie”, czyli bezradnym wobec potrzeb większości i hojnym dla swoich. Barbarzyńcy nowi, ale niszczący nie mniej skutecznie niż ci dawni, bo globalnie.
Dodaj komentarz